Jaki jest poziom zmęczenia, po przekroczeniu którego się poddaję? Co jestem w stanie znieść, a czego nie jestem w stanie wytrzymać?

Co jakiś czas każdy z nas sobie mówi:

— O nie, tego już za dużo. To jest zbyt ciężkie. Tego już nie jestem w stanie znieść.

Gdy dochodzimy do takiego wniosku, wycofujemy się. Jeżeli możemy fizycznie odejść, odchodzimy, ale bardzo często, gdy to niemożliwe, kruczymy się w sobie, zapadamy, odcinamy psychicznie. Stajemy się jak przestraszony jeż, zwijamy się w kłębek, stroszymy kolce i groźnie pofukujemy, albo jak roślina, której ktoś zapomniał podlać przez dwa tygodnie.

Czasem tego rodzaju reakcja jest uzasadniona. To rzeczywiście zbyt ciężkie. To naprawdę za duży ciężar. To zbyt duże zagrożenie, by nie zwinąć się w kolczasty kłębek.

Nikt przecież ode mnie nie oczekuje, że będę z uśmiechem pracował, gdy dopada mnie poważna migrena. Zamknąć się w pokoju, odciąć od wszystkich bodźców, od jakich da się odciąć, to całkiem uzasadnione. Całkiem zrozumiałe jest powłóczyć nogami, gdy człowiek przebiegł pięć razy więcej niż zazwyczaj. Zrozumiałe jest mieć zamieszanie w głowie i spadek energii, gdy nie zmrużyło się oka przez noc. Zrozumiałe jest być rozstrojonym, gdy z nieba leje się żar, przed którym nie ma gdzie się schować.

W ten sposób można uzasadnić wiele sytuacji, w których brakuje nam energii, albo chowamy się przed światem. Ale czy wszystkie?

Przedwczesna decyzja

Czy moment, w którym wchodzimy w stan: Nie dam rady, nie wytrzymam, jestem za bardzo zmęczony, nie jest w wielu przypadkach zbyt wczesny? Czy nie jest tak, że moglibyśmy jeszcze trochę, że gdzieś w nas jest jeszcze całkiem sporo energii, sił i odporności, ale ich z jakiegoś powodu z tego nie korzystamy?

Przejście w stan „Nie wytrzymam” jest decyzją, a nie mechaniczną reakcją organizmu. To nie jest tak, że mózg obiektywnie ocenia ilość dostępnych zasobów i gdy stwierdzi, że jest ich naprawdę mało, podejmuje decyzję o włączeniu awaryjnego trybu oszczędzania energii:

— Uwaga, uwaga centrala! Za chwilę komórki się przegrzeją i ulegną zniszczeniu, zwolnijcie natychmiast!

Tak to nie działa.

Gdybyśmy przyjrzeli się wielu sytuacjom, w których włączył nam się tryb awaryjny, odkrylibyśmy, że nasze komórki, dysponowały sporym zapasem energii.

Czy nigdy tego nie doświadczyłeś? Jesteś całkowicie wypruty, masz wrażenie, że nie jesteś już w stanie skupić się na czymkolwiek, a tu nagle okazuje się, że przez kolejne trzy godziny grasz z zaangażowaniem w jakąś durną grę. Miałeś tę energię czy nie? Albo zmęczony wracasz do domu z pracy i masz wrażenie, że nie jesteś w stanie ruszyć ręką, ale dzieje się coś dramatycznego, jakiś wypadek czy zagrożenie i nagle pędzisz, by pomóc. Albo masz już dość swojego zajęcia. Już naprawdę wszystko ci w tym obrzydło, ale niespodziewanie przychodzi jakaś nagroda, ktoś cię docenia i okazuje się, że jednak kochasz to robić.

Mózg podejmuje decyzję, by przełączyć się w awaryjny tryb oszczędzania energii nie dlatego, że stoimy na krawędzi, ale dlatego, że mamy taki nawyk. Mamy w sobie zasoby, ale przyzwyczailiśmy się do tego, by w tym momencie się poddawać i wycofywać.

Trafiamy na jakiegoś rodzaju doznania, przeżycia, sytuacje, odczucia, a one uruchamiają w nas rezygnację. To nie rzeczywisty odczyt energii uruchamia ten stan, ale nasze przyzwyczajenia.

William James, zwany ojcem współczesnej psychologii (przynajmniej przez amerykańskich psychologów) twierdził, że większość z nas żyje znacznie poniżej własnych możliwości. W 1907 roku mówił:

U niektórych osób poczucie odcięcia się od własnych zasobów jest ekstremalne i mamy wtedy do czynienia z opisywaną przez książki medyczne poważną neurastenią czy psychastenią. Próg bólu jest wtedy nienormalnie niski. Najmniejsze zajęcie wywołuje zmęczenie i stres, po którym pacjent czuje się wyczerpany i się zatrzymuje. W takich przypadkach „nerwicy nawykowej” często pojawia się nowy zakres mocy, gdy lekarz brutalnie zmusza pacjenta do tego, by coś jeszcze w tym stanie zrobił. Najpierw pojawia się ekstremalne cierpienie, a potem niespodziewana ulga.

Nie ma wątpliwości, że wszyscy jesteśmy w pewnym stopniu ofiarami nawykowej nerwicy. Musimy przyznać się do większego potencjału, z którego robimy niewielki użytek. Żyjemy, poddając się hamowaniu przez poziom zmęczenia, któremu przyzwyczailiśmy się poddawać. Większość z nas może nauczyć się przesuwać barierę dalej i żyć w doskonałym komforcie na znacznie wyższych poziomach mocy.

Nawyk

Nawyk to struktura, w której sytuacja podejmuje za nas decyzję. Jeżeli znajdziesz się na skrzyżowaniu, na którym nawykowo skręcasz w lewo, nie musisz podejmować żadnej decyzji. Zrobi to za ciebie nawyk. Widok skrzyżowania automatycznie uruchamia program skrętu w lewo (włączenie kierunkowskazu, zajęcie odpowiedniego pasa itp.).

Nawyk nie jest jednak niewolą. Nie jestem automatem, który może tylko tak. W każdej sytuacji, w której działają nawyki, mogę przestawić się na tryb ręczny. Wystarczy pamiętać o tym, co chcę zrobić i w odpowiednim momencie przejąć kontrolę nad decyzjami. Aha, jestem na tym skrzyżowaniu, ale dzisiaj nie jadę tam, gdzie zwykle, skręcam zatem nie w lewo, a w prawo.

Nieco ciężej, ale wciąż podobnie jest z nawykiem wycofywania się na skutek zmęczenia. Mogę poddać się nawykowi, ale mogę także przejąć ręczną kontrolę nad sytuacją. Kluczowe są pytania:

— Czy naprawdę tego nie zniosę? Czy nie jestem w stanie wytrzymać jeszcze choćby pięciu minut? Czy nie jestem w stanie spróbować jeszcze raz? Czy naprawdę te warunki są nie do zniesienia? Czy są dla mnie zbyt trudne, koszmarne, niemożliwe do sprostania? Czy to zadanie naprawdę mnie aż tak bardzo przerasta?

Gdy tylko pojawia się trudna sytuacja, najpierw pojawia się w nas nawykowa reakcja: wycofanie się, strach, poddanie się, apatia.

Jak do tego dotrzeć?

Mamy jednak w sobie coś więcej. Aby dotrzeć do tego, wcale nie trzeba na siebie krzyczeć, musztrować się czy być agresywnym. To nie jest tak, że w takiej sytuacji mamy wziąć się za pysk, nie rozczulać się nad sobą i być wobec siebie jak pruski kapral.

Właściwe podejście polega na tym, by poszukać głębiej. By przestać biec za tą pierwszą reakcją (O jejku nie zniosę tego!), ale dostrzec ją, zaakceptować i pozwolić wybrzmieć. Wiem, że to brzmi dość teoretycznie. Mały przykład. Zatkało mi się ucho. Tak całkowicie. Stosowałem wcześniej różnego rodzaju spraje i krople, ale i tak, się zatkało. Wizyta u laryngologa dopiero za dwa dni. Siedzę i czuję, że nie mogę się skupić. Każdy, komu kiedyś zatkało się ucho, wie jakie to wkurzające uczucie. Po prostu na niczym innym nie mogę się skoncentrować. Czuję się tak, jakbym był chory. Siedzę za komputerem, ale nie mogę się za nic sensownego zabrać. Jestem zdekoncentrowany, rozproszony, coraz bardziej rozdrażniony. Mój rozczulający się nad sobą mózg podjął decyzję: włączyć awaryjny tryb oszczędzania sił. Przecież nie ma odpowiednich warunków do tego, by pracować! Pisać można wtedy, gdy człowiek czuje wewnętrzny komfort.

Czy na pewno?

Ale jak wyegzekwować od siebie większe zaangażowanie? Mam krzyczeć na siebie? Mówić sobie:

— Weź się cholerny leniu nie rozczulaj nad sobą! Skup się na pracy! Nie myśl o tym drobiazgu, tylko skup się na tym, co masz do zrobienia!

To pułapka. Jeżeli będę w taki sposób myślał, wciąż będę wracał do problemu. To tak, jak w tym zadaniu, by nie myśleć przez pięć minut o białych niedźwiedziach — nie da się go wykonać, bo mózg ciągle sprawdza, czy akurat nie myślisz o białych niedźwiedziach. Im bardziej nie chcesz o nich myśleć, tym bardziej myślisz.

Jedyny sposób to zaakceptować dyskomfort i niewygodne odczucia. Czuję to, co czuję. Czuję dyskomfort, rozdrażnienie. Czuję apatię, brak energii. Czuję rozproszenie. Uświadom sobie, cokolwiek czujesz. Przyjmij to. Nie uciekaj od tego.

Uświadom sobie, nie znaczy podporządkuj się. Pracuję w skupieniu od dwóch godzin. Moje myśli co pewien czas wracają do problemu z uchem. Pozwalam im na to. Gdy zacznę z nimi walczyć, nic innego nie będę mógł robić, tylko czuć dyskomfort. Wracają, niezatrzymywane szybko odchodzą, a ja znów skupiam się na pisaniu.

Gdy nie sprzeciwiamy się temu, co czujemy, negatywne doznania stają się nie tylko łatwiejsze do zniesienia, ale także okazuje się, że mamy w sobie więcej siły. Z czasem niedogodności całkiem chowają się w cień i zostaje tylko skupienie.

Tym, co daje odporność, nie jest udawanie, że nic się nie dzieje czy odsuwanie od siebie nieprzyjemnych doznań, ale akceptujące przyjęcie ich na klatę.

To pierwsza rzecz, która pozwala poradzić sobie z naszą „neurastenią” z przyzwyczajenia. Akceptujesz, bierzesz na siebie i idziesz dalej.

Co jest dla ciebie najtrudniejsze?

Jeżeli czujesz, że życie jest dla ciebie za ciężkie, że jesteś zbyt zmęczony, że nie dasz rady, ale przy tym wszystkim podejrzewasz, że to nie jest kres twoich możliwości, zatrzymaj się na chwilę i poszukaj w sobie tego, co najtrudniejsze.

— Co ci przeszkadza, co cię boli, co ci najbardziej utrudnia życie?

Czasem trzeba dłużej poszukać. Rozmawiałem z Magdą. Powiedziała, że ma już dość, że to wszystko jest bez sensu.

— Co w tym jest najgorszego?

— Wszystko! Wszystko mnie drażni. Cały ten czas.

— Gdybyś jednak miała wybrać coś z tego czasu, co cię najbardziej drażni? Co jest najgorsze?

— Czy ja wiem… całe te wakacje.

— Co w nich jest najgorszego?

— To, że w tym roku nie możemy nigdzie wyjechać i będziemy się kisić w czterech ścianach! W ogóle nie odpoczniemy!

„Mam dość, bo nie mogę wyjechać na wakacje” — pewnie dałoby się to jeszcze bardziej pogłębić, ale nie próbowałem. To rzeczywiście dyskomfort. Tyle, że jeżeli rzeczywiście nic nie da się zrobić, postawa „mam dość, bo nie mogę nigdzie wyjechać” tylko pogarsza sprawę.

Jesteś coś w stanie zrobić, czy nie? Jeżeli tak, zrób. Jeżeli nie, weź to na klatę. Naprawdę nie wytrzymasz tych dwóch miesięcy? A może to tylko niewygodne, a nie „nie do zniesienia”? Może, gdy zaakceptujesz całą tę niewygodę, mimo wszystko — pod innymi aspektami — ten czas okaże się cenny?

Wspomniany William James pisał (ten cytat, jest więcej wart niż cały mój tekst, przeczytaj go zatem dwa razy):

„Zniesiesz to, czy tego nie zniesiesz?” — oto najbardziej przenikliwe pytanie, z jakim możemy się spotkać; stajemy przed nim w każdej godzinie naszego życia, w związku z największymi i najmniejszymi, najbardziej teoretycznymi i najbardziej praktycznymi sprawami. Odpowiadamy swoją zgodą lub niezgodą. Te odpowiedzi wydają się naszymi najgłębszymi środkami porozumiewania się z naturą rzeczy. Wymagany przez nie wysiłek staje się miarą, naszej ludzkiej wartości. Wielkość tego wysiłku jest naszym jedyny nie wtórnym, lecz oryginalnym wkładem w świat.

Trening podnoszenia progu zmęczenia

To nie jest jedyny sposób radzenia sobie z naszą nawykową neurastenią. Drugim jest przyzwyczajania się, poprzez małe, codzienne wysiłki do pokonywania wewnętrznych oporów i w ten sposób podnoszenie progu frustracji i zmęczenia, jakiemu jesteśmy stanie sprostać.

Możliwych ćwiczeń jest mnóstwo. Np. post, medytacja, ćwiczenia fizyczne, zimne kąpiele.

Nie chodzi o to, by się do tego wszystkiego zmuszać. Np. siadam do medytacji, ustawiam stoper na kwadrans, a potem tylko sprawdzam, czy wreszcie mogę wstać. Chodzi raczej o to, by nauczyć się znosić z otwartością niewygodę i mimo niej, skupić swoją uwagę na tym, co mam do zrobienia. Zatem ustawiam minutnik, odkładam go na bok poza zasięg wzroku, a potem skupiam się na oddechu. Gdy przychodzi myśl „kiedy wreszcie koniec?!”, zauważam ją, akceptuję, biorę na klatę, a potem wracam do skupienia uwagi na oddechu.

Podobnie z postem. Nie ma sensu mówić sobie: nie jem do południa, a potem przez cały czas tylko myśleć o tym, kiedy wreszcie będę mógł nadrobić stracone śniadanie. Chodzi raczej o to, by nauczyć się skupiać na pracy, mimo niedogodności. Post staje się wtedy raczej ćwiczeniem kontroli uwagi niż kontroli diety.

Podobnie z kolejnym ćwiczeniem uwagi — zimną kąpielą. Nie chodzi o to, by włączyć zimną wodę i kuląc się z chłodu wytrzymać te pięć, czy dziesięć minut. Chodzi o to, by przyjąć doznanie zimna w otwarty sposób, rozluźnić się i poczuć je z pierwszej ręki.

Gdy sobie ciągle dogadzamy, stajemy się jak rośliny cieplarniane, które ścina najmniejszy chłód. Najmniejszy wysiłek i opór staje się dla nas sygnałem do oklapnięcia i wycofania. Gdy ćwiczymy się w otwartym znoszeniu niewygody, mniej nas potem przeraża konieczność przeciwstawienia się zmęczeniu, zniechęceniu czy poczuciu porażki.

Ale bez masochizmu

Oczywiście istnieje granica między ćwiczeniem się w znoszeniu niedogodności a masochizmem. Można torturować się wieloma ascezami, zakazami i wymogami i wciąż żyć znacznie poniżej swoich możliwości.

Z masochizmem mamy do czynienia, gdy człowiek skupia się na ograniczeniach, a nie na korzyściach. Gdy wciąż czegoś unika, a nie dąży do czegoś i czymś się rozkoszuje. Dla masochistycznego ascety najważniejsze jest to, by czegoś nie robić: nie jeść, nie pić, nie palić, unikać tego, czy tamtego. Tego rodzaju asceza jest mało warta. Nie chodzi o to, by czegoś nie robić, chodzi o to, by robić coś większego. Gandhi, opisując w swojej autobiografii liczne praktyki ascetyczne, pisał „…po jakimś czasie, przestało to już być uciążliwą pokutą, a było raczej źródłem pociechy i radości; każdy dzień odsłaniał mi nowe piękno, choć nie przychodziło mi to z łatwością”. Dlatego, gdy chcesz pościć, medytować, ćwiczyć czy w jakikolwiek sposób umartwiać się, rób to tylko wtedy, gdy daje ci to w sumie więcej energii, siły i samozadowolenia niż odbiera.