1.

Ciekaw jestem czy ktoś to zauważył. Pewnie tak, ale czytelnicy blogów (albo przynajmniej tego bloga) zazwyczaj są niezmiernie delikatni. By sprowokować krytykę trzeba się naprawdę postarać. Przedstawiając jeden z poprzednich tekstów, skomentowałem go mniej więcej tak: ten tekst powstał tak na szybko…naprawdę nie przykładałem się tak bardzo… po prostu usiadłem i napisałem.

W zasadzie powinienem jeszcze dodać kilka innych rzeczy: źle się czułem, miałem zły dzień, za oknem hałasowała śmieciarka, miałem w trakcie pisania pięć telefonów, bolała mnie głowa, poprzedniej nocy nie spałem…i w ogóle, naprawdę wszystko było przeciw mnie…aha, a w ogóle tym tematem zająłem się niedawno.

Pamiętam pierwsze szkolenie, jakie przeprowadziliśmy w składzie, który później stworzył firmę szkoleniową Human Factor. To było w jakimś eleganckim ośrodku nad Zalewem Zegrzyńskim. Na sali było prawie dwadzieścia osób. Większość z nich pracowała na kierowniczych stanowiskach w działach Zasobów Ludzkich. Niewiele osób w tych czasach miało jakieś doświadczenie w tej branży, nie mniej jednak nasze doświadczenie było komiczne: dwa miesiące pracy nad dwoma akademickimi podręcznikami, które dostaliśmy bezpłatnie od Amerykanów. Teraz mieliśmy dwa i pół dnia by nie tylko opowiedzieć tym ludziom, czym jest nowoczesne Zarządzanie Zasobami Ludzkimi, ale także by nauczyć ich potrzebnych im technik.

Wybija dziesiąta. Wychodzę na środek. Wszyscy na mnie patrzą. Nie ma obawy nie zemdleję, głos mi nie odmówi posłuszeństwa, nie zgubię wątku. Prowadziłem już wiele szkoleń. Witam ich z uśmiechem narzekając na kiepską pogodę (za wielkimi oknami niebo urządziło pokaz wszystkich odcieni szarości) po czym mówię mniej więcej tak:

Po raz pierwszy prowadzimy to szkolenie. Przygotowywaliśmy je do ostatniego momentu. Poświęcaliśmy na nie kilka ostatnich nocy. Ta plansza, którą za mną widzicie powstała dziś o piątej rano…

Czy trzeba być geniuszem by przewidzieć jak ludzie zareagują na te słowa? Czy trzeba mieć nie wiadomo jakie doświadczenie by domyśleć się, że raczej nie będzie to myśl: No to super, przyjechałem na dobre szkolenie ale: Co jest grane? Gdzie ja się znalazłem? Za co ja zapłaciłem?

Szkolenie mimo wszystko się udało. Inaczej nasza firmy nigdy by nie powstała. Udało się jednak dlatego, że gdy tylko skończyłem mówić, Beata, która była jedną z prowadzących, wzięła mnie i powiedziała: nie rób tego, bo wszystko zniszczysz, pomyśl jak ci ludzie się czują. Szybko zrozumiałem, że gdy mówię takie rzeczy ludzie niepokoją się czy trafili na złe szkolenie. Ten niepokój sprawia, że wycofują się. Gdy się wycofują i nie zabierają głosu, szkolenie rzeczywiście staje się do niczego.

Od tej chwili byłem bardzo wrażliwy na tego typu prezentacje. Nigdy więcej nie opowiadałem na środku sali szkoleniowej o tym, w jakiej to trudnej jestem sytuacji. Czasem bywało trudno. Nie raz zdarzało się prowadzić szkolenia np. z migreną. Aż mnie korciło by powiedzieć: przepraszam państwa, boli mnie głowa, dam z siebie wszystko, ale oceniając mnie bierzcie proszę to pod uwagę. Nigdy jednak, nikt nie dowiedział się, że mam jakikolwiek problem. Decyzja była zawsze prosta: nie prowadzę albo prowadzę. Nie ma czegoś takiego jak prowadzę z taryfą ulgową. Ale mimo tego, że robię tak od dawna, do dziś odczuwam pokusę by się tłumaczyć, skarżyć czy opowiadać, jaki jestem biedny.

2.

Dlaczego? Przecież to wydaje się zupełnie nielogiczne. Dlaczego ktokolwiek miałby mieć interes w tym by pokazywać się w gorszym świetle? Przecież bycie ocenionym pozytywnie – jako ktoś kompetentny, mądry, silny czy skuteczny – to jedna z naszych podstawowych potrzeb.

Dlaczego byłem taki głupi by mówić ludziom, że robimy to szkolenie po raz pierwszy i że zarwaliśmy kilka nocy?

Gdy mówiłem te słowa nie byłem świadomy tej strategii, ale była ona oczywista: po to by usłyszeć: jak na pierwszy raz to bardzo dobre szkolenie… jak na człowieka, który nie spał dwie noce, całkiem spójnie mówisz… pomyśleć, co by było, gdybyś miał więcej czasu… jestem pod wrażeniem.

Takie chwalenie się brakiem przygotowania czy słabościami miało na celu uproszenie innej skali ocen. Inaczej przecież oceniamy pracę kogoś, kto nie miał dość czasu a inaczej kogoś, kto miał go tyle ile potrzeba. Inaczej oceniamy amatora, który gdzieś tam sobie na boku i na szybko coś dłubie, a inaczej człowieka, który robi coś zupełnie na poważnie.

Stojąc na środku sali szkoleniowej i witając ludzi, potwornie bałem się, że szkolenie będzie porażką. Że uczestnicy ocenią naszą wiedzę, jako głęboko niewystarczającą, że nie będą zadowoleni z ćwiczeń, że powiedzą, że nie warto było zapłacić za to szkolenie. To był bardzo silny lęk, bo ta perspektywa była bardzo prawdopodobna.

Gdybym był na sto procent pewny, że na pewno nam się uda byłbym odcięty od rzeczywistości. Zaczynaliśmy, nie mieliśmy doświadczeń, nasza wiedza była pełna luk. Ryzyko porażki było wysokie.

To nie było tylko ryzyko tego, że ludzie będą częściowo niezadowoleni. To nie byłoby takie straszne. To, czego najbardziej się bałem – znowu, w nieuświadomiony, ale bardzo żywy sposób – to była perspektywa, że ci ludzie stwierdzą, że mają do czynienia z człowiekiem niekompetentnym, idiotą albo po prostu oszustem.

Czy to dziwne, że z góry przedstawiłem alibi? Byłoby to całkiem rozsądne, gdyby nie to, że ten sposób jeszcze bardziej przybliżał katastrofę.

Taki sam był motyw mojego tłumaczenia się pod tekstem. Bałem się, że tekst spotka się z negatywnymi reakcjami. Bałem się, że ktoś powie: ale to nie jest dość dogłębne, to nie jest dość przemyślane, powinieneś bardziej się postarać. Dla siedzącego gdzieś w środku mojego „małego ego” (lub po prostu umysłu), taka ocena byłaby równoznaczna ze stwierdzeniem: jesteś do niczego, nie znasz się, nie nadajesz się, nic z ciebie nigdy nie będzie. Małe sprytne ego, wiedząc to, szybko znalazło sposób: nie możecie oceniać moich możliwości na postawie czegoś, co napisałem szybko, nie mając dość czasu …. Moje alibi miało mnie ochronić przed potencjalnymi atakami i podejrzeniami o brak wielkości.

Tego rodzaju gierki można często spotkać. Ile razy tylko istnieje ryzyko, że zostaniemy nisko ocenieni, na zapas szukamy wytłumaczenia. Nie czekamy aż nas ktoś skrytykuje i aż poczujemy się zupełnie do niczego, ale spieszymy z wyjaśnieniami z góry: żeby od razu było jasne: moja porażka nie ma związku z moimi możliwościami!

3.

Dokładnie taką samą strategię stosujemy na potrzeby wewnętrzne. Zamiast uczestników szkoleń lub czytelników mówimy do samych siebie.

Cel mamy ten sam: przedstawić alibi i ochronić się w ten sposób przed możliwą krytyką. Jesteśmy przecież nie mniej surowymi krytykami jak inni. Często nawet znacznie surowszymi. Prawdopodobieństwo, że sami wydamy ocenę skazującą jest często znacznie większe niż prawdopodobieństwo, że zrobią to inni. Dodatkowo moja własna ocena jest bez porównania bardziej bolesna niż ocena innych osób. Gdy ktoś mnie skrytykuje, mogę przecież powiedzieć, że się nie zna i nie ma do tego podstaw. Nie można czegoś takiego powiedzieć w odniesieniu do siebie.

Bojąc się tego surowego, mieszkającego w nas krytyka, szukamy alibi.

4.

Nasz umysł preparuje alibi, bo ewentualna porażka jest dla niego jak upadek z urwiska w skalistą przepaść. Lepiej nie kusić losu i nie podchodzić do krawędzi. Gdy nie wygłosisz prezentacji, nikt cię nie wyśmieje, gdy nie napiszesz powieści, nikt nie powie, że jesteś grafomanem, gdy nie zaczniesz biznesu, na pewno nie splajtujesz.

Szukanie alibi pomaga poradzić sobie z lękiem przed porażką. Ale to nie wszystko. Jest jeszcze drugi, ważny aspekt. Pozwala utrzymać wysokie poczucie własnej wartości, jako kogoś niezwykłego, nieprzeciętnego i obdarzonego niezwykłym potencjałem.

Czy czujesz w sobie potrzebę bycia kimś niezwykłym? Czy zdarza ci się myśleć, że któregoś dnia staniesz się niezaprzeczalnie wielki, wspaniały i niezwykły? Czy wierzysz w to, że kiedyś zrealizujesz swój niezwykły potencjał, który znacznie przekracza to, czym dziś jesteś?

Nie sądzę by można znaleźć wiele osób, które mogłyby szczerze odpowiedzieć „nie”. Tak działa nasza kultura: aby czuć się kimś wartościowym, zasługującym na szacunek, musimy mieć poczucie ogromnych, nieskończonych możliwości.

By móc szanować siebie musimy się czuć wyjątkiem, diamentem wśród polnych kamieni. Powiedzieć sobie: niczym się nie wyróżniam, nie stać mnie na więcej, to niemal powiedzieć: nie mam powodu by żyć.

5.

Co ciekawe, nie chodzi o niezwykłe, realne osiągnięcia. Chodzi o same możliwości. Psycholodzy Dariusz Doliński i Andrzej Szmajke, autorzy książki „Samoutrudnianie. Dobre i złe strony rzucania kłód pod własne nogi ” piszą:

we współczesnym świecie ludzie podziwiani są w znacznie większym stopniu za potencjalne możliwości niż za rzeczywiste osiągnięcia. Aby więc czuć się człowiekiem wartościowym nie trzeba koniecznie osiągać rzeczywistych sukcesów; wystarczy wiedzieć, że jest się wystarczająco kompetentnym, aby je osiągnąć. Podobnie, aby być podziwianym przez innych ludzi, nie trzeba koniecznie imponować im realnymi osiągnięciami. Wystarczy by wiedzieli, że jeśli tylko włożylibyśmy trochę wysiłku, osiągnęlibyśmy bardzo wiele.

Mówiąc inaczej, we współczesnym świecie, dla większości z nas, poczucie własnej wartości jest równoznaczne z poczuciem posiadania potencjalnych możliwości. Póki mam poczucie, że moje możliwości są ogromne i nieograniczone, czuję się cenną i wartościową osobą.

6.

O ile w przypadku alibi przedstawianego innym osobom często naciągamy fakty (jak kobieta, która mówi, że nie miała czasu się umalować a malowała się przez czterdzieści minut) to w odniesieniu do siebie często je tworzymy. Tworzymy, to znaczy sami stawiamy się w sytuacjach, w których trudno jest nam coś osiągnąć. Przecież nikt mnie nie zmusił do tego by nie spać w nocy przed szkoleniem. Nikt nie zmusza studenta do tego by zabierał się za naukę na dwa dni przed egzaminem, a w dodatku by noc wcześniej zaliczył imprezę. Wiele z trudności, jakimi się tłumaczymy jest efektem naszych wyborów.

Takie aktywne fabrykowanie alibi, patrząc z punktu widzenia obrazu siebie, jako kogoś niezwykłego jest w 100% bezpieczne. Jeżeli mimo utrudnień uda mi się osiągnąć sukces – będę miał dowód, że jestem wielki. Nieprzeciętnie wielki.

Jeżeli mój tekst będzie sukcesem, mimo tego, że pisałem go na szybko – pomyślcie tylko, do czego byłbym zdolny, gdybym pracował nad nim dłużej! Jeżeli ludzie będą zadowoleni ze szkolenia, które prowadziłem niewyspany i zmęczony, pomyślcie tylko, do czego byłbym zdolny, gdybym się wyspał! Jeżeli uda mi się zdać egzamin, do którego się nie uczyłem, i przed którym ostro imprezowałem – pomyślcie tylko, do czego byłbym zdolny, gdybym się solidnie przygotowywał. I tak dalej. Za każdym razem wykonanie normalnej czynności, osiągniecie efektu, jaki przeciętni ludzie osiągają wielokrotnie w ciągu dnia, staje się dowodem bycia kimś absolutnie niezwykłym.

A co się stanie, gdy mi się nie uda? Żaden problem. Będę miał wytłumaczenie: gdyby nie te utrudnienia, to by mi się udało. Mam przecież nieograniczone potencjał, ale ten mój brak organizacji, lenistwo, nieprzemyślane decyzje, tendencje do załamywania się, alkohol, koledzy … mam żelazne alibi!

Zawsze wyjdę na swoje.

A dokładniej mówiąc mój obraz siebie, jako kogoś niezwykłego, wyjdzie na swoje. Będzie ustawicznie rozkwitał. Ani przez chwilę nie będzie podstaw by wątpić w to, że moje możliwości są ograniczone. Strategia szukania alibi sprawia, że moje głębokie przekonanie o sobie, jako kimś niezwykłym i nieprzeciętnym staje się niemożliwe do zanegowania. Nie można go zanegować, a raz na jakiś czas można dostać dowód jego słuszności.

7.

Znam przynajmniej dwie rodziny w takiej sytuacji. Dziecko od pierwszych dni jest przekonywane o swojej wyjątkowości. Nie ma wyjścia jak uznać, że jest wyjątkowo zdolne, podobnie jak jego ojciec (niedoceniony geniusz) i matka (chwilowo niedoceniana, genialna kobieta). Czy można mieć jakiś wybór, gdy ma się te geny?

W wieku pięciu, sześciu lat chłopiec miał już głęboko wdrukowaną wiarę w swoje niezwykłe zdolności. Nawet gdyby rzeczywiście był nieprzeciętny, taka wiara byłaby zabójcza. On jednak był zwykłym, średnio rozgarniętym dzieciakiem. Słowem kimś, kto przy niewielkiej pomocy życzliwych ludzi i kilku podmuchach dobrych wiatrów może daleko zajść.

Myśleć o sobie, jako o kimś niezwykłym jest bardzo przyjemnie, póki zasadnicza część życia odbywa się wśród tych, którzy traktują to za pewnik. Przyjemność kończy się, gdy trafiasz do innych ludzi. A ci, o zgrozo, nie wiedzą, że jesteś geniuszem! Nie wiedzą o tobie czegoś tak oczywistego! To tak, jakby ktoś nagle zaczął ci udowadniać, że jesteś żabą. A przecież nie jesteś żabą! Co z tego, że masz wyłupiaste oczy, długi język, zieloną skórę i robisz „kum, kum, kum”? Przecież dobrze wiesz, że nie możesz być żabą!

Nie ważne czy w pierwszej klasie podstawówki są oceny czy ich nie ma. Wystarczy, że nikt nie mdleje na twój widok, nikt nie zachwyca się twoimi pomysłami i nikt ci nie mówi, jak to znacznie lepiej niż inni sobie poradziłeś. W ogóle sam fakt, że ktoś inny bywa chwalony już budzi niepokój! Przecież mama i tato zawsze twierdzili, że inne dzieciaki są głupsze!

Takie dziecko, aby się nie załamać musi znaleźć jakieś alibi. To, jakie konkretnie, zależy od tego, jakie możliwości znajdują się w centrum wyidealizowanego obrazu siebie. Akurat w tej rodzinie, w centrum są zdolności poznawcze. Alibi trzeba poszukać w czymś, co jest mało istotne. Idealnie nadają się do tego możliwości społeczne.

Lepiej jest powiedzieć:

– Jest konfliktowy, uparty, nie umie powiedzieć, o co mu chodzi.

Niż przyznać się:

– Junior nie radzi sobie z materiałem, nie ma takiej inteligencji jak oczekiwaliśmy, wymaga pomocy.

Junior z ogromną ochotą bierze udział w akcji fabrykowania alibi, udowadniając wszystkim, że jest zdolnym choć upartym i małomównym chuliganem. Wszystko, byle tylko nie wyszło na jaw, że po prostu nie łapie tego, co do niego mówią i że przydałaby mu się pomoc. Mamusia i tatuś by po prostu nie znieśli tego, że ich dziecko jest średnio rozgarnięte. Na pewno by im się to nie spodobało. Hm… mogliby mnie wywalić z domu – myśli w głębi junior. Lepiej nie ryzykować!

8.

Strategia szukania alibi nie jest fanaberią, ale walką o przetrwanie i szacunek do siebie samego.

Stosując ją, chronisz siebie samego przed rozpadem. Bronisz siebie. Nie jest to efekt tego, że jesteś głupcem, idiotą, wariatem – czy jakiekolwiek epitetu miałbyś ochotę tu użyć. Stosujesz ją, bo chcesz żyć najlepiej jak można. Podziękuj swojej psychice, że walczy i się stara.

Następny krok możesz zrobić dopiero wtedy, gdy docenisz to, co robisz sam dla siebie. Gdy docenisz to, jak bardzo o siebie samego się starasz. Robisz to nieumiejętnie, ale to nie znaczy, że ci nie zależy.

Ten chłopiec toczy dramatyczną walkę. Demonstruje swoje niedostosowanie z miłości do siebie i swoich rodziców. Należy mu się w pierwszym rzędzie współczucie a nie pouczanie.

Jeżeli umiesz docenić wysiłek, jaki twoja psychika wkłada w obronę siebie i innych, możemy pójść dalej. Możemy przyjrzeć się temu ile za to płacisz.

9.

Uwolnienie od lęków i podtrzymywanie wysokiego poczucia wartości kosztuje. I to sporo. Kosztuje znacznie więcej niż byłbyś skłony zapłacić, gdybyś zastanowił się nad prawdziwą ceną.

Jakie konkretnie są koszty życia z alibi?

Po pierwsze uwolnienie od lęków trwa tylko chwilę. Lęk ciągle wraca i ciągle musimy sobie z nim radzić.

Po drugie, nasze poczucie wartości jest powierzchowne – w głębi czujemy, że jesteśmy oszustami, podskórnie ciągle mamy wątpliwości czy aby naprawdę nasze możliwości są takie nieograniczone. Ustawicznie ciągnie nas do tego by się sprawdzać. Całe życie zmienia się w konkursy i wyzwania.

Po trzecie, nasze rzeczywiste możliwości ulegają upośledzeniu. Na własne życzenie pakujemy się w kłopoty, z których nie ma żadnego rozsądnego wyjścia. Podejmujemy się zadań, które nie są możliwe do wykonania. A gdy już odnosimy porażki nie umiemy w żaden sposób wyciągnąć z nich wniosku. Nie szukamy pomocy tak, gdzie jest to nam naprawdę potrzebne, ale tam, gdzie to jest mniej ważne.

Jak poradzić sobie ze swoją tendencją do szukania alibi? Pierwsza rzecz to umieć rozpoznać tego rodzaju strategię.

W następnym odcinku przyjrzymy się kilku najczęściej spotykanym sposobom. Szukanie i preparowanie alibi może przyjąć olbrzymią liczbę form. Psycholodzy wymieniają kilkadziesiąt różnych sposobów na ten sposób obrony poczucia własnej wartości. Nie wymienię wszystkich, ale tylko kilka najważniejszych, takich, z którymi często się spotykam. Może znajdziesz wśród nich swoje?