Jak zacząć na poważnie inwestować w siebie?

Wyobraź sobie, że za jakiś czas potrafisz coś, o czym dziś nie masz pojęcia. Na przykład:

— umiesz programować i na dowód tego masz portfolio z zestawem swoich projektów;

— albo mówisz po niemiecku na poziomie B2 (dziś znasz guten morgen, danke hande hoch);

— albo potrafisz zagrać na gitarze dowolny utwór (dziś nawet za bardzo nie wiesz jak się ją trzyma);

— albo masz na liczniku kilka tysięcy kilometrów (dziś na samą myśl o sobie za kierownicą, masz ochotę schować się daleko od ulicy);

— albo potrafisz przeanalizować dane statystyczne, wykorzystując Pythona (dziś nie za bardzo wiesz, co to jest statystyka, ani tym bardziej Python).

Jeżeli nie chcesz myśleć o zupełnie nowej umiejętności, pomyśl o czymś, co dzisiaj średnio ci wychodzi, a co za jakiś czas  umiesz o niebo lepiej. Np. dziś średnio znasz angielski, a za trzy lata zdajesz egzamin na poziomie C1 (czyli posługujesz się nim płynnie).

Czy to by była jakaś różnica?

Czy dzięki temu znalazłabyś się w innym miejscu?

Czy dysponowałabyś innymi możliwościami życiowymi?

Czy czułabyś się lepiej sama ze sobą?

Drzwi

Domyślam się, że tak.

Zapewne są osoby, które twierdzą, że umieją wszystko, co ma jakiekolwiek znaczenie. Tacy ludzie jednak albo osiągnęli już duchowe oświecenie i raczej nie czytają tak przyziemnych tekstów, jak ten, albo mają z sobą poważne problemy (np. znaczny zanik kontaktu z rzeczywistością).

Żyjemy w czasach, w których każdy chciałby coś jeszcze umieć. Nie chodzi o fanaberie, czy przyjemność związaną z rozwijaniem siebie (to także się liczy, bo ciągły rozwój jest elementem zdrowia psychicznego i dobrego samopoczucia), często chodzi o poziom naszej wolności, dostępne możliwości, wyżywienie siebie i rodziny, poziom bezpieczeństwa, status życia czy poczucie, że robi się w życiu coś, co ma sens.

Czy masz na horyzoncie takie umiejętności?

Czy przed tobą znajdują się jakieś drzwi, które można otworzyć za pomocą nowej wiedzy i umiejętności, a za którymi znajduje się jakiś cenny dla ciebie prezent?

Na przykład ja

Sam mam kilka takich rzeczy.

Weźmy pierwszą z brzegu, o której dziś właśnie myślałem: dobra znajomość angielskiego. Od wielu lat czytam książki i słucham podcastów w tym języku i jeżeli chodzi o rozumienie, jestem nawet dość zaawansowany. Gdy zrobiłem jeden z internetowych testów „poziomujących”, w dziale „słuchanie i rozumienie” dostałem nawet ocenę C2 (że niby prawie jak native), przesada (trochę zgadywałem i miałem szczęście), ale nie jest źle. Beznadziejnie jest jednak gdy chodzi o produkcję: mówienie, a przede wszystkim pisanie. Nie umiem pisać po angielsku. I zdecydowanie nie chodzi mi o poziom Józefa Korzeniowskiego vel Josepha Conrada, zadowoliłbym się poziomem ebooków na Amazonie. Gdybym miał tę umiejętność, kilka możliwości otworzyłoby się przede mną (chociażby właśnie sprzedawanie takich ebooków na Amazonie). Nic, tylko się nauczyć i radować z korzyści.

Ale jest pewien problem…

Bo to nie takie łatwe.

Nie wiem, od kiedy obiecuję sobie nauczyć się pisać po angielsku. Może nawet od dziesięciu lat? Przez ten czas można by się było nauczyć pisać nawet po malajsku (jeżeli jest taki język), a i to bez nadmiernego wysilania. Ja jednak wciąż jestem mniej więcej w tym samym miejscu. Pewne postępy owszem robię, coś tam chcąc nie chcąc przyswajam. To jednak wciąż nie jest taki poziom, który pozwoliłby otworzyć te zamknięte na klucz drzwi, za którymi kryje się prezent.

Nie jest to taki poziom, który mógłbym osiągnąć, gdybym zabrał się za rozwój w naprawdę aktywny sposób.

Na razie aktywnie robię jedno: obiecuję, zapewniam, planuję. Od jakiegoś czasu, każdego dnia na mojej liście zadań pojawia się nawet punkt „Nauka angielskiego przynajmniej przez 30 minut”. Używam aplikacji todoist i to zadanie ustawiłem jako everyday (każdego dnia samo wskakuje na listę). I niemal każdego dnia przestawiam moje everyday na tommorow.

Drugą z moich wciąż nieopanowanych umiejętności — z zupełnie innego gatunku, żeby nie było tylko o sprawach zawodowych — jest pisanie prozy. Wciąż chcę się tego nauczyć. Nie dlatego by na tym zarabiać, chwalić się czy stać sławnym. Jestem (tak mi się przynajmniej wydaje) wolny od tego rodzaju motywacji. Chciałbym po prostu znaleźć się w środku prozy, zobaczyć ją od wewnątrz. I co? No coś tam zacząłem, coś przeczytałem, coś napisałem. Oczywiście ustawiłem sobie zadanie. Ale znów to samo: jutro, bo dziś tylko obiecuję i planuję. Nie mogę się zdobyć ani na to, by skasować zadanie, ani na to, by zacząć je wykonywać.

Podsumowując te przykłady: tak, otworzyć te drzwi, nie jest aż tak łatwo.

Dlaczego?

Odpowiedzi może być wiele: nie mam możliwości, nie mam okazji, brakuje mi czasu, nie jestem dość utalentowany, brakuje mi potrzebnych zdolności, nikt mi nie chce pomóc, nie mogę znaleźć nauczyciela, zbyt wolno przyswajam, to na pewno jest głupia fanaberia, nie jestem tym typem umysłu, jestem już na to za stary, to i tak by nic nie dało, bo liczą się tylko układy, ludzie będą się ze mnie śmiać… i tak dalej i tak dalej.

To tylko wymówki.

Owszem, ograniczenia organizacyjne, finansowe czy wiekowe mają znaczenie. Owszem mogą istotnie utrudnić uczenie się. Jest jednak różnica pomiędzy utrudnić uniemożliwić. Są przecież ludzie, którzy stają wobec znacznie większych barier i radzą sobie w znacznie gorszych warunkach.

Pierwszy przykład

Weźmy taką 90-letnią gogo (czyli kenijską babcię) o imieniu Priscilla, która przez sześćdziesiąt lat była położną, ale nigdy nie nauczyła się pisać i czytać.

Gdy jej prawnuki poszły do szkoły, stwierdziła, że chciałaby spisać swoje doświadczenia i wiedzę (np. na temat roślin leczniczych), aby przekazać ją następnym pokoleniom.

Trudno to jednak zrobić, gdy litery są niezrozumiałymi kreskami i kształtami. Priscilla poszła zatem ze swoimi wnukami do szkoły. Dyrektor początkowo ją odprawił. Jednak gogo się uparła. Jej potrzeba była naprawdę duża. W końcu dyrektor się ugiął. Dziewięćdziesięcioletnia babcia siada ze swoimi wnukami w szkolnej ławce, pochyla nad zeszytem, starymi, wykrzywionymi i pomarszczonymi palcami chwyta ołówek i powoli przepisuje z tablicy litery i cyfry.

Wydaje ci się, że jesteś za stary? Że za późno? Że inni się będą z ciebie podśmiewać? Chyba ci trochę brakuje do dziewięćdziesiątki.

Drugi przykład

Aleksandar Hemon, bośniak, urodził się, wychował, skończył studia i pracował jako dziennikarz w Sarajewie. W 1992 roku, w ramach programu sponsorowanego przez amerykański rząd, wyjechał na krótką, tygodniową wizytę do Stanów. Tuż przed powrotem wybuchła wojna i rozpoczęło się oblężenie Sarajewa. Tygodniowa wycieczka się przedłużyła. Hemon miał prawie 30 lat i nie znał języka. Owszem mając trzydziestkę, można jako tako nauczyć się języka i sprawnie funkcjonować wykonując codzienne obowiązki i zwyczajne pracy. Hemon miał jednak inną potrzebę. Nie chciał sprawnie funkcjonować. Chciał opowiadać historię, tworzyć, pisać. Wspomina:

Miałem tą koszmarną, cisnącą potrzebę, by pisać, bo wokół działy się rzeczy. Potrzebowałem tego, tak jak człowiek potrzebuje jeść, ale nie miałem języka, w którym mógłbym to robić.

Postawił zatem przed sobą cel, by w ciągu pięciu lat nauczyć się angielskiego, a potem napisać i opublikować opowiadanie w tym języku. Gdy opanował podstawy zaczął pracować jako akwizytor Greenpace. Chodził od drzwi do drzwi i powtarzał formułki: Do you care about the dolphins? Gdy tego nie robił, czytał w oryginale Nabokova (którego wcześniej znał z tłumaczeń):

Nie znałem połowy słów. Na początku podkreślałem te, których nie znałem, ale szybko okazało się, że podkreślam ich zbyt wiele i zacząłem je przepisywać na kartki i sprawdzać ich znaczenie w słowniku.

Przez dwa lata nic nie udało mu się napisać. Cel osiągnął po trzech. Dziś jest uznanym autorem kilku książek (wszystkie napisane po angielsku), dziennikarzem, laureatem nagród pisarskich. A jego styl jest porównywany do stylu… Nabokova.

Można narzekać: no tak, ale był w Stanach; no tak, był przyciśnięty koniecznością (trzeba za coś w tych Stanach przeżyć). To nie są aż takie istotne czynniki. Dzięki internetowi w każdym miejscu kuli ziemskiej można zrobić sobie immersję językową (zanurzenie w języku) przez parę godzin dziennie, tak samo, jak za granicą, można ograniczyć się do kontaktu z krajanami. Po drugie przesadzamy z tymi korzyściami płynącymi z konieczności.

Mówimy:

— O tak, gdybym ja miał taką sytuację! Gdyby mi ktoś przystawił pistolet do głowy!

Kilka razy sam do siebie tak mówiłem. To bzdura. Pistolet przy głowie najczęściej wywołuje stres i blokadę. Być może ruszyłbyś do przodu. Ludzie jednak statystycznie częściej w takich sytuacjach narzekają, użalają się czy wpadają w apatię.

Jedyna różnica dotyczy tego, jak solidnie w siebie inwestujesz

Można nauczyć się nowych rzeczy nawet wtedy, gdy masz przed sobą  las przeszkód. Trzeba jednak podejść do swojego rozwoju w aktywny, pełen determinacji i poświęcenia sposób.

Nie wystarczy planować, obiecywać, wpisywać na listę zadań.

Nie wystarczy także czegoś tam się douczać, doczytywać sobie, doszkalać się czy od czasu do czasu dłubać w temacie.

Trzeba inwestować, to znaczy podejmować wysiłek i ryzyko, licząc na efekty, które, miejmy nadzieję, nastąpią za jakiś czas.

Dlaczego jedni ludzie potrafią z takim entuzjazmem, aż tyle w siebie inwestować a inni nie?

Dlaczego wciąż nie nauczyłem się angielskiego?

A co ważniejsze, co teraz mam zrobić, by wreszcie nauczyć się tego, co, bardzo prawdopodobne, otworzyłoby przede mną te drzwi?

Cztery obszary blokujące rozwój

Myślę, że są cztery, wiążące się ze sobą obszary, które mają tu znaczenie.

Jednym (niekoniecznie na pierwszym miejscu, ale wciąż ważnym) jest znajomość skutecznych technik i sposobów uczenia się.

Nauka za bardzo kojarzy nam się ze szkołą, tymczasem w szkole praktycznie nie stosuje się żadnych, uwzględniających działanie mózgu, technik uczenia się. W efekcie nie potrafimy się uczyć. Wspominając szkołę, uczymy się, marnotrawiąc jedynie czas, energię, zapał. Jesteśmy zmęczeni nauką, ale nasze umiejętności wcale się nie poszerzają.

Kolejna sprawa to systematyczność wypływająca z samodyscypliny. Rozwój nie jest kwestią jednego wysiłku, ale ciągłego, nawykowego powtarzania wysiłków. Gdy brakuje ci samodyscypliny, bardzo trudno będzie ci nauczyć się czegoś istotnego. Bez systematyczności można się co najwyżej nauczyć… no właśnie, nie za bardzo wiem nawet czego… wiązania butów? Nie, też nie.

Te dwie rzeczy (umiejętność uczenia się oraz samodyscyplina) są bardzo ważne, ale nie one są kluczowe.

Kluczem jest motywacja i nadzieja.

Motywacja: Chcesz czy nie chcesz?

Czy naprawdę tego chcesz? Czy naprawdę zależy ci na tym? Może to tylko fantazja? Może to tylko stare marzenie, które dziś już zwietrzało i straciło prawdziwy smak? Może ten cel już nie ma dość pary? Może nie pozwala pozbyć się żadnego bólu?

Może tak naprawdę nie obchodzi mnie, co jest za tymi drzwiami? Albo przynajmniej nie na tyle, by przez kilka lat, regularnie się do nich dobijać.

Dlaczego mój projekt pisania po angielsku mi się przypomniał? Bo dotarło do mnie, jak bardzo moja egzystencja jest teraz uzależniona od miejsca, w którym mieszkam. Nie chodzę do pracy, jestem freelancerem, ale nie mogę wyjechać i mieszkać, gdziekolwiek bym chciał. Co jakiś czas muszę się tutaj stawiać na spotkania albo szkolenia — najczęściej w Krakowie. To coraz bardziej uwiera.

Po pierwsze wspaniały, krakowski klimat. Nie mam na myśli gwaru w piwnicznych kawiarniach ani uroczych zakątków. Myślę o powietrzu. Dziś jest świetnie. Wieje wiatr. Okna szeroko otwarte. Ale przez ostatnich kilka tygodni nie można było ich nawet uchylić. Tzw. krakowski obwarzanek (gminy wokół Krakowa) nisko ceni własne zdrowie i zdrowie prawie miliona ludzi duszących się w jego pierścieniu. Do czasu, gdy się to zmieni, ja zdążę zmienić się w osmalony kawałek krakowskiej podwędzanej.

Po drugie, polityka. Łagodnie mówiąc, nie jest optymistycznie. Różnie bywało po ‘89, ale po raz pierwszy mam poczucie, że tak jak teraz, nie było nigdy. Nie chodzi o to, że jestem pesymistą czy o to, że za szybko wymiękam. Może wszystko się jeszcze naprawi… Ale to jest tak, jakbyś z kimś mieszkał, z kimś, kto co rusz doprowadza cię do szaleństwa, z kimś z kim często się kłócisz i kto co rusz wycina ci jakieś numery, ale potem się z nim godzisz i macie dobre chwile. Jednak, w którymś momencie ten ktoś przegina (zdradza cię, rzuca się na ciebie z nożem, bezlitośnie wyśmiewa to, co najważniejsze) i dociera do ciebie, że to już za dużo, że nigdy nie będzie tak samo, że już nie możesz patrzeć na tę osobę, tak samo, jak patrzyłeś do tej pory. I takie mam odczucie w odniesieniu do Polski. Wolałbym mieć możliwość wyboru miejsca życia, bez płacenia takiej ceny, jaka spotkała mojego przyjaciela, który musiał zamienić pisanie, książki, tworzenie, branie udziału w kulturze na wynoszenie nieczystości w domu opieki.

Mieć dość motywacji, znaczy móc z pełnym przekonaniem powiedzieć:

Tak, do cholery, zależy mi na tym, jak nigdy!

Bez koszmarnej, cisnącej potrzeby czy pragnienia – mocnej co najmniej tak, jak potrzeba zjedzenia czegoś, gdy się nie miało śniadania, a jest już po pierwszej – trudno gdzieś dotrzeć.

Pomyśl, dlaczego tego chcesz?

Drugą rzeczą, motywacja bardzo się z nią wiąże, jest nadzieja lub jej brak.

Nadzieja

Jeżeli brakuje nadziei, że jesteś w stanie dać z siebie tyle, ile potrzeba, że jesteś w stanie się zmieniać  i rozwijać — najmocniejsza i najbardziej piląca potrzeba i najwspanialsza wizja niewiele zmieni.

Nadzieja, jak pisze Erich Fromm, jeden z największych psychologów ubiegłego wieku nie jest biernym oczekiwaniem na przyszłość. Mieć nadzieję, nie oznacza, czekać aż z jakiegoś powodu wszystko się zmieni, przyjdzie wiosna i będzie cudownie. Takie podejście to bierna, fałszywa nadzieja, która, jak słusznie mówią, jest matką głupców.

Prawdziwa nadzieja dotyczy teraźniejszości. Jest „wizją teraźniejszości w stanie oczekiwania” (jak pisze Fromm).

Naprawdę mieć nadzieję, to zobaczyć w tym, co jest dzisiaj kiełek tego, na czym ci zależy.  Gdzie jest ten kiełek? Tutaj, w mojej zdolności do wysiłku, w mojej zdolności do rozwoju, w moim potencjale. Czy wierzysz, że twój wysiłek coś zmienia?

Czy wierzysz, że za jego pomocą możesz otworzyć te drzwi, na których ci tak zależy? Że możesz stać się takim człowiekiem, jakim chcesz być? Jeżeli tak, masz nadzieję.

Przeciwieństwem nadziei jest bezradność.

Czy ja sam mam nadzieję, na to, że gdy przez jakiś czas będę ćwiczyć, okaże się, że jestem w stanie pisać książki po angielsku?

Oficjalnie tak.

A tak naprawdę? W środku?

Nieświadomy brak nadziei

Najważniejsze odkrycie Freuda było bardzo proste: każdy człowiek ma dwa zestawy przekonań — świadome i nieświadome.

To, co myślisz w sposób świadomy oraz to, o czym mówisz, często nie pokrywa się z tym, co myśli twój nieświadomy umysł. Freud zajmował się głównie seksem, ale ten sam mechanizm spotykamy  w każdym obszarze życia.

— Dam radę się tego nauczyć — mówisz — przyłożę się i będzie dobrze!

Jednak twoja nieświadoma część mówi:

— Jesteś do niczego, nie potrafisz, nigdy się tego nie nauczysz. Ktoś taki jak ty nie da rady. Jesteś za głupi. Zawsze coś spieprzysz. Nie wyjdzie ci. Nie nadajesz się do tego.

Zdarzają się także sytuacje odwrotne, świadomość mówi „Jesteś za głupi” a nieświadomość „Dasz radę”, jednak zdecydowanie częściej można spotkać się z tym pierwszym układem.

Erich Fromm w „Rewolucji nadziei” pisał:

Jest wielu ludzi, którzy świadomie odczuwają nadzieję, a nieświadomie jej brak, a tylko niewielu przeżywa to na odwrót. Istotne jest nie to, co ludzie myślą o swoich uczuciach, ale to, co naprawdę czują. Najmniej można się dowiedzieć, słuchając wypowiadanych przez nich słów, ale prawda jest dostrzegalna w wyrazie twarzy, sposobie chodzenia, umiejętności okazywania zainteresowania temu, co pojawia się przed ich oczami, w trwałości struktury energii, intensywności, z jaką się przejawia.

Nie inwestujemy w siebie z zapałem, bo nie wierzymy, że jesteśmy w stanie naprawdę się tego nauczyć. Bo, mimo że byśmy chcieli, brakuje nam nadziei, bo nie widzimy przyszłości w tym, co teraz w sobie mamy, w tym, kim teraz jesteśmy.

Owszem, czegoś tam jestem się w stanie nauczyć, przecież umiem wiązać buty i robić naleśniki. Ale czy jestem w stanie nauczyć się czegoś, co sprawia różnicę?

Oficjalnie wierzę, ale nieoficjalnie, coś we mnie mówi:

— Nie stary, to mrzonka, nie uda ci się.

Gdy brakuje ci wiary w swoje możliwości, wpadasz w bezradność i jakąś formę rozpaczy:

— Jestem niczym, jestem pionkiem, nic nie jestem w stanie zmienić…

Co zatem zostaje?

Biernie czekać.

Jutro zacznę, dziś czekam, aż przyjdzie jutro.

Oderwane od życia fantazje i próby naginania rzeczywistości

Odczuwany głęboko brak nadziei może przejawiać się na dwa sposoby. Pierwszym jest bierność, o której była mowa. Istnieje jednak i drugi,  powszechny w naszych czasach sposób.

Pomyśl, co dzieje się z człowiekiem, gdy ktoś mu udowadnia, że jest porażką, a on w żaden sposób nie może się temu przeciwstawić?

Na przykład nauczyciel wyśmiewa brutalnie ucznia, mówiąc, że jest głupi, leniwy i że sobie nie poradzi w życiu. Uczeń nie ma możliwości wstać i odpowiedzieć ani w żaden sposób wykazać, że się myli. Co wobec tego robi? Fantazjuje. Widzi siebie, jako supermena, punishera czy innego twardziela, widzi jak kopie tyłek tego kretyna, jak wywleka go na środek szkoły w samych majtach i jak wszyscy śmieją się z tego głupka, a ten żałuje, że kiedyś zadarł z tym potężnym człowiekiem. Albo przynajmniej widzi siebie, jak za kilka lat, gdy jest już uznanym profesorem, wykazuje głupotę tej miernoty.

Im większe poczucie bezradności, tym bardziej oderwane od życia fantazje.

Pojawiają się fantazje i już nie jesteś apatyczny, stajesz się gorączkowy i podekscytowany. Czy robisz coś oprócz fantazji? Tak: gadasz, odgrażasz się, planujesz, obiecujesz, postanawiasz. I nic więcej, bo fantazje nie kierują zachowaniem, nie zmieniają poczucia własnej wartości, nie dają prawdziwej nadziei na zmianę.

Coś podobnego dzieje się wtedy, gdy nie wierzysz we własne możliwości rozwoju: zaczynasz fantazjować na temat tego, czego to i jak błyskawicznie się nie nauczysz.

Stajesz się wtedy doskonałym kąskiem dla cwaniaków, którzy obiecują, że po 3 miesiącach będziesz mówić płynnie językiem obcym, że po 6 miesiącach będzie z ciebie doskonały programista, że po zapisaniu się na krótki kurs, staniesz się magnetyczną osobowością, że po obejrzeniu kilku nagrań, staniesz się odnoszącym sukcesy przedsiębiorcą.

Żeby w coś takiego uwierzyć, trzeba być oderwanym od rzeczywistości. A oderwanie od rzeczywistości jest efektem głębokiego (często nieświadomego) poczucia bezradności.

Gdy brakuje ci kontaktu z rzeczywistością, z podekscytowaniem ustalasz cele i okazuje się — co za zdziwienie — że po trzech miesiącach wcale nie jesteś fluent, a po sześciu wcale nie jesteś rozrywanym na rynku programistą, po obejrzeniu nagrań wcale nie jesteś rzutkim przedsiębiorcą. Och, jak mi przykro. Ale wiesz co, ja też nie skopałem tyłka nauczycielowi, który się ze mnie wyśmiewał.

Efektem zderzenia z rzeczywistością jest jeszcze większe poczucie bezradności, a efektem bezradności jest jeszcze bardziej usilna próba naginania rzeczywistości. Błędne, samonapędzające się koło

Jak sobie z tym wszystkim poradzić?

Jeżeli twoje marzenie nie opiera się na mocnej potrzebie, poszukaj innego. Potrzeba może wypływać z negatywnych emocji (lęku, niewygody, złości itp.), ale także z pragnień. Jeżeli chcesz się nauczyć angielskiego, bo „fajnie by było” prawdopodobnie się nie nauczysz. Wycofasz się przy pierwszej trudności.

Ta część jest prosta: upewnij się, że tego naprawdę chcesz.

Znacznie trudniej poradzić sobie z poczuciem bezradności. Sygnałem, że nie wierzysz we własne możliwości, są powtarzające się, nierealnie wygórowane cele i aspiracje, by prześcignąć innych.

Miałem kiedyś kolegę, który na poważnie twierdził, że jest w stanie nauczyć się materiału z jednego roku lektoratu francuskiego i zdać egzamin na takim samym poziomie, jak ludzie, którzy przez rok poświęcali na naukę po kilka godzin tygodniowo. Aż tak bardzo nie miał wiary w siebie, że chciał uczyć się pięćdziesiąt razy szybciej niż inni. Oczywiście nie zdał. Można być szybszym dwa, nawet trzy razy niż inni. Ale pięćdziesiąt?

Na pewno nie jesteś, jak ten kolega, ale zatrzymaj się i przyjrzyj, ile sobie dajesz czasu. Naprawdę niewielu rzeczy jesteś się w stanie dobrze nauczyć w ciągu trzech miesięcy. Daj sobie więcej czasu. Pomyśl na przykład o trzech albo nawet pięciu latach.

Nie przesadzaj także z poziomem, jaki chcesz osiągnąć. Rozumiem, że aby coś się zmieniło, nie wystarczy liznąć tematu. Jest jednak różnica pomiędzy liznąć, a w miarę solidnie opanować. Myśl nie o tym, że staniesz się mistrzem, ale że będziesz w miarę dobry, przynajmniej poprawny. Jak mówią w pewnym markecie – w sam raz.

Nie daj się ponieść fantazjom. Przecież tak naprawdę to nie tak kluczowe by nauka zajęła ci jedynie 3 miesiące. Przecież wcale nie trzeba być ósmym cudem świata. Przecież tak naprawdę, to czy skopiesz tyłek temu kretynowi, nie ma znaczenia. Ma znaczenie tylko to, czy uwierzysz w swoje prawdziwe, realne, nienaginane możliwości i czy otworzysz te drzwi. Kogo obchodzi, ile to zajmie?

Co jeszcze można zrobić?

W dalszej części tego tekstu jest pięć punktów zaczerpniętych z teorii i badań nad poczuciem własnej skuteczności (self – efficacy). Brzmi teoretycznie, ale bardzo praktyczne rzeczy.

Dziś jednak zróbmy przerwę. I tak wyszło tego za dużo. Następny tekst pojawi się niedługo.

Teraz kilka pytań końcowych do ciebie:

  • Czy jest jakaś umiejętność, w którą warto byłoby zainwestować w twoim przypadku?
  • Czy gdybyś się tego nauczył za 3 – 5 lat, sprawa naprawdę byłaby warta zachodu?
  • Czy to by było naprawdę cenne?
  • Czy masz w sobie nadzieję na zmianę?
  • Czy coś z tym zrobisz?

A co z moim angielskim?

Uff… ten tekst był naprawdę inny. Powstawał długo. Pierwsze wersje, jedna po drugiej wyrzucałem do kosza, w kolejnych było coraz więcej pracy nade mną samym. W końcu zrozumiałem: Tak, do cholery, pora się nauczyć pisać po angielsku. Odpalam.

Mój projekt będzie trwał 1000 dni (bo nie wierzę, że jestem w stanie się tego nauczyć w ciągu np. 100 dni). Każdego dnia będę, jeżeli Bóg pozwoli, pisał tekst, liczący co najmniej 100 słów (a najlepiej 250, czyli jedną stronę). Oczywiście, oprócz tego czytanie, nauka słówek czy ćwiczenie gramatyki.  Sercem jednak i zasobnikiem małych sukcesów będzie pisanie. Zdecydowałem się to zrobić publicznie. A nuż dla kogoś okaże się to inspiracją. Oto moja strona, na której zamieszczam wszystkie teksty: http://writetoday.cc

21 komentarzy

  1. Super, ja tez mialam sie nauczyc angielskiego.. i jakos nie moge. Bylam nawet na kursie angielskiego w Irlandii i nic.. Nie mam parwdziwej motywacji.. Niby chce, ale jednak chyba nie chce.. Jakbym sie nauczyla angielskiego dostalabym lespza prace, nawet na rozmowie wstepnej moj nowy pracodawca przylapal mnie ze nie umiem tak dobrze angielskiego jak podalam w CV, ale mimo wszystko dostalam prace.. Moze dlatego moja motywacja jest tak slaba, bo jakos mi sie zawsze udaje.. Kombinuje, poce sie, jak mam noz na gradle, ale pozniej jak mi sie jakos uda, raz lepiej, raz gorzej.. Porzucam to moje postanowienie, ze sie bede uczyc angielskiego.. Bede zagladac do twojej strony … Dobrze ze wrociles i pojawiaja sie teksty..

    • Dziękuję za komentarz. Motywacją czasem trudno przeskoczyć. Ale w takiej sytuacji rozwiązaniem jest czasem coś bardzo małego: np: 5 minut dziennie nauki. Jeżeli coś dużo nas nie kosztuje, nie potrzebujemy aż tyle motywacji.

      Jeżeli chodzi o teksty, początkowo chciałem pisać nawet co tydzień, ale teraz widzę, że raczej będę co 2 tygodnia. Ale w tym roku będą 🙂

  2. Świętny tekst i świetne wyzwanie.
    Trzymam kciuki za Twoje 1000 dni. (pierwsze 4 już przeczytałam i … brawo! )
    Podejmuje podobne wyzwanie. Daje sobie 1000 dni nauki i pogłębiania wiedzy trochę w innym temacie.
    W ogóle muszę przyznać, że świetnie się „Ciebie” czyta.
    Przemyślane, głębokie, inspirujące, motywujące i pozytywne teksty.
    Z wieloma przemyśleniami się po prostu utożsamiam a inne przewartościowują mój punkt widzenia.

    Więcej proszę 🙂

    • Dziękuję Beato. Bardzo to miłe. dziękuję 🙂

      Trzymam kciuki za twoje wyzwanie. Już po pięciu dniach mojego wyzwania widzę, że jest trochę ciężej niż myślałem. Nie ma mowy, żebym się wycofał, ale łatwe to nie zawsze jest. Ale powoli przecieram drogi i wierzę, że z czasem (za miesiąc, dwa?) wszystko zacznie się stawać prostsze.

      Na pewno ułatwieniem w moim przypadku jest upublicznienie wyzwania. Nie wiem, czy to zawsze jest dobre rozwiązanie, ale teraz nieco pomaga.

      Dziękują za zachętę do „więcej”. Będzie, bo dla mnie samego to pisanie jest cenne. Jeszcze raz dziękuję i serdecznie pozdrawiam 🙂

  3. Właśnie sobie uświadomiłem jak bardzo fragment o fantazjowaniu opisuje moje życie. Przykre i otrzeźwiające, dzięki.

    • Pisałem z własnego doświadczenia 🙁 Ale da się to zmienić. Stopniowo 🙂 Dziękuję za komentarz.

      • Dziękuję za świetny tekst. Dlugo rozmyslalam nad tym, dlaczego mam takie fantazje i tylko za pomocą tego tekstu zaczepilam sie o bezradność. Trafilo we mnie z ogromną silą. Teraz “tylko” jak z tego wybrnąć?

  4. Jeżeli tego jeszcze nie robisz to te angielskie teksty powinien na bieżąco czytać native. Bez informacji zwrotnej od eksperta będziesz powtarzał te same błędy. Np. tytuł „Write in the oblique way” brzmi dziwnie, ale nie mam pojęcia czy to tylko moje wrażenie czy rzeczywiście w tym kontekście wyrazu oblique się nie używa. Native takie wątpliwości rozstrzygnie w ułamek sekundy. Trzymam kciuki za powodzenie wyzwania!

    • Masz rację Macieju, bez informacji zwrotnej będzie ciężko. Na razie się rozkręcam, na zasadzie: zacznij od czegoś prostego a potem dobudowuj. „Oblique” (skośny a zarazem pośredni) rzeczywiście brzmi dziwnie i akurat tutaj o to chodziło – to nawiązanie do świetnej książki Johna Kaya „Obliquity. Why our goal are best achieved indirectly”. Dzięki za komentarz i kibicowanie 🙂

      • W sumie jak się zastanowić taki native nie musi być specjalnie kosztowny. Np. na e-korepetycje.net można wykupić sobie lekcje z angielskiego i przedmiotem lekcji może być analiza tych tekstów.

      • Od razu skorzystałem i napisałem ogłoszenie na tej stronie. Już miałem pisać, że kicha, bo przez pierwsze dni była cisza, a tutaj wow, aż 11 propozycji. Nic tylko wybierać 🙂 Bardzo dziękują za sugestię 🙂

  5. Czekam z niecierpliwością na kontynuację, zdałem sobie sprawę że mimo iż udało mi się już dość dawno „ustabilizować” moje życie i radzę sobie całkiem normalnie, albo i dobrze ze większością zadań życiowych, to jednak wciąż mam podskórne poczucie że jestem nieudacznikiem. Umiem to sobie wytłumaczyć w głowie i walczę z tym, ale poczucie się nie zmienia.

    Niby utrzymuje się sam, mam dziewczynę, podróżuję i rozwijam się w różnych dziedzinach, ale jednak zarabiam słabo i nie posiadam majątku, milion rzeczy mógłbym poprawić w relacji ze swoją partnerką i nie mam pewności czy będzie ze mną szczęśliwa w przyszłości, podróże to przecież w większości „rozrywka”/umilanie życia czyli nic na prawdę ważnego, a tempo rozwoju mam takie że jak medycyna nie zdziała cudów to nie starczy mi życia na zostanie ekspertem w jakiejś dziedzinie (zwłaszcza że nie wybrałem jeszcze takiej która by była moją życiową dziedziną).

    Nie wiem czy trochę nie odbiegłem od tematu wypisując swoje przemyślenia sobie samym, ale mam nadzieje że nic się złego nie stanie jeżeli je opublikuję.

    • Tomaszu, Bardzo Ci dziękuję za ten komentarz. Nie odbiegłeś od tematu i podzielenie się twoimi przemyśleniami jest dla mnie cenne. Rozumiem Twoje obawy i blokady. Nie wiem, czy mój tekst będzie tak dobry, by Ci pomóc. Pojawi się za kilka dni. Bardzo Ci dziękuje, że czytasz, to co piszę. Pozdrawiam 🙂

  6. Sam sobie na tacy podałeś rozwiązanie swoich problemów:

    „ale jednak zarabiam słabo i nie posiadam majątku, milion rzeczy mógłbym poprawić w relacji ze swoją partnerką”

    Zamień powyższe zdanie na projekty i opracuj plan 5letni,3 letni, roczny,półroczny i miesięczny. Co jakiś czas odważnie modyfikuj plany, gdy tylko okaże się, że nie działają. Modyfikuj i wdrażaj, modyfikuj i wdrażaj.
    Do roboty!

  7. Tych, co czekają na tekst, serdecznie przepraszam za opóźnienie. Na pewno będzie w tym tygodniu. Gdyby jednak ktoś chciał już dziś poczytać sobie coś nowego, na boku pracuję nad pewnym nowym projekcikiem ;-). Jest jeszcze w fazie ustawień, ale można już czytać. Adres jest taki sam jak tego bloga, tylko z dodatkową literką „z” i kropeczką: z.energiawewnetrzna.pl. Pozdrawiam 🙂

  8. Cześć, w chwili gdy mam wolny wieczór, a jakoś nie mogę zabrać sie za wykonanie swoich obowiązków ktore na dzis zaplanowalem odwiedziłem Twojego bloga. Co najśmieszniejsze szukałem czegoś co być moze podniesie mnie na duchu. Po wejściu na stronę write today zauważyłem ze na początku szlo Ci dobrze ale z czasem notatki już nie pojawiały sie codziennie… Nie wiem dlaczego ale z jakiegoś powodu to mnie ucieszyło. Czasem po prostu widzimy u innych wyłącznie sukcesy przez co sami sie dołujemy. Chyba powinniśmy częściej sobie uświadamiać że jesteśmy tylko ludźmi i problemy które dotykają nas dotyczą tak naprawdę wszystkich dookoła. Ja tymczasem ide dokończyć sprawy ktore odwlekalem od kilku godzin. Tobie również życzę powodzenia!

    • Dziękuję Sławku. Trzymam kciuki za Ciebie. Moje pisanie po angielsku niestety spadło w priorytetach 🙁 Tak szybko zmienia się moja sytuacja życiowa, że czasem miesiąc wcześniej to zupełnie inny świat.

  9. Miał być tekst o tym jak zbudować wiarę w siebie, a zrobił się szkolenie. Dziś pracuję za 8 z 10 odcinków. Mam nadzieję, że to będzie lepsze niż tekst 🙂

  10. WOW. WOW.
    Ten tekst jest tak dobry na tak wielu poziomach; wbiło mnie w fotel po przeczytaniu. Tak wiele tutaj o mnie.
    Wspaniały pomysł z pisaniem po angielsku publicznie! Mam bardzo podobne odczucia i chęci, tyle że w odniesieniu do innych języków, które gdzieś się pojawiły w moim życiu, czegoś tam się nauczyłam, zaczęłam i porzuciłam. Mam przecież bazę, mogę coś z nimi dalej zrobić!
    Mocno trzymam kciuki za powodzenie projektu i za rozwój w obranym kierunku.

  11. Półtora roku temu wyjechałem do Niemiec, mój język był na poziomie: „guten morgen, danke i eins zwei drei polizei’. Ponieważ jestem inżynierem, przy odpowiedniej znajomości języka (B2) mogę tutaj mieć całkiem dobrą pracę. Tak więc od początku mocno zakasałem rękawy – wybrałem sobie ciężką pracę, dzięki której odłożę trochę kasy + 4x w tygodniu kurs niemieckiego po 3 godziny dziennie. Po nieco ponad roku udało mi się bardzo dobrze zdać egzamin (B1) – było ciężko pogodzić pracę ze szkołą i trochę to kosztowało ale dało mi to niezwykle dużo satysfakcji. Już za kilka dni zaczynam kurs B2, w między czasie zacząłem interesować się powrotem do pracy w zawodzie ale zauważyłem, że mam w sobie jakąś blokadę. Chociaż w Polsce pracowałem w zawodzie ponad 5 lat, to jakoś nie uważam się za zbyt dobrego inżyniera. Ten lęk, sprawia, że boję się tego, że sobie nie poradzę. To wszystko hamuje moją motywację, nadzieję i silną wolę. Jednak po przeczytaniu twojego tekstu zostawiam za sobą całą tą bezradność i zabieram się do roboty, tak by początkowe zadania zostało wykonane, wiem też już, że jeśli mi się uda będzie to jedno z moich największych życiowych sukcesów. Nie pozwolę sobie na to by ogromna satysfakcja w postaci mety po przejściu ciężkiej, ale również pięknej drogi przeszła mi koło nosa.

Zostaw komentarz